Lecimy do Chile! Garść informacji praktycznych 

Pewnego jesiennego dnia kupiliśmy bilety do Chile. Super. Euforia! Bilety są. Ale co dalej? Mieliśmy 3 tygodnie na miejscu. Z jednej strony dużo, ale jednak bardzo mało, gdyż Chile jest ogromne, a nasz plan był napięty jak plandeka na żuku. Jak dla nas pewnikiem była Patagonia – największe marzenie Justi. Zdecydowaliśmy się poświęcić na nią 2 tygodnie (uwzględniając część chilijską oraz argentyńska), a następnie przenieść się na północ, zobaczyć Altiplano, rzucić okiem na Aconcaguę w rejonie Puente del Inca, przejechać się na Paso Internacional Las Libertadores i jeśli starczy czasu, skoczyć nad Pacyfik, do magicznego Valparaiso. Bilety kupione na styk. W zasadzie nic nie miało prawa się wykrzaczyć, bo byłby spory problem. A i tak się pomieszało. Jak zawsze 😉  

Ważne, aby po zakupie biletów, szczególnie jeśli mamy w planach Patagonię, nie zostawiać planowania na ostatnią chwilę lub lecieć tam spontanicznie. Dla nas była to niemała nowość, nie przywykliśmy do takich rygorystycznych planów i ram czasowych. Ale takie są tutaj reguły gry.

Większość, jeśli nie wszystkie loty z Europy, wiodą do stolicy, do Santiago de Chile. Lecieliśmy kolumbijskimi liniami Avianca, z Madrytu, z krótkim międzylądowaniem w Bogocie. Czysto, nowe samoloty, bezpiecznie. Już na miejscu, żeby zminimalizować czas spędzony w podróży, zdecydowaliśmy się również na zakup wewnętrznych połączeń lotniczych – do Patagonii i w rejon San Pedro de Atacama. Na południu mamy do wyboru dwa lotniska: Puerto Natales oraz Punta Arenas, natomiast na północy będzie to: Calama. Najtańszym operatorem na tych trasach jest chilijski LAN. Ze stolicy do Punta Arenas był 1-2 loty dziennie, a do Puerto Natales – w sezonie, tylko po 2 loty w tygodniu. Natomiast do Calama, na północ, kilka lotów dziennie. Warto mieć na uwadze, że nawet przy 5-godzinnych lotach liniami LAN, nie dostaniemy ciepłego posiłku, tylko przekąski typu mini batonik, mikro orzeszki oraz coś do picia.

Otwierając stronę przewoźnika, w pierwszej kolejności zostaniemy zapytani o narodowość. Drobiazg, ale dość istotny, ponieważ dla Chilijczyków bilety są znacznie tańsze. Różnica była na tyle zauważalna, że postanowiliśmy zaryzykować. Może to szczęście, a może nikt tego nie weryfikował, ale na lotniskach nie mieliśmy najmniejszych problemów, nawet biorąc pod uwagę fakt, że dwa razy przebukowaliśmy lot. Jednak trzeba mieć świadomość, że działamy na swoją odpowiedzialność. Od momentu, gdy wybierzemy narodowość chilijską, po stronie poruszamy się już tylko po hiszpańsku. Jest to odrobinę kłopotliwe dla osób, które nie znają hiszpańskiego, ale uprzednio „testowo” przechodząc procedurę po angielsku i posiłkując się słownikiem online, jest to do ogarnięcia.

Jadąc do Chile naprawdę warto znać podstawy hiszpańskiego! Język ten nie jest trudny. Zresztą, aby osiągnąć minimalne podstawy pozwalające na odrobinę zrozumienia, wystarczy kilka lekcji u dobrego korepetytora (dzięki Kasia!), trochę pracy w domu i da się przeżyć. Jest wtedy o niebo łatwiej.

Co od razu rzuciło się nam w oczy po przylocie - Chile to kraj przeszczęśliwych zwierząt domowych. Psy i koty są wszędzie, chodzą własnymi ścieżkami. Nikogo nie dziwi "niczyj" duży i zrelaksowany pies na środku lotniskowego terminalu, czy kot śpiący na straganie.

Chile praktycznie

Chile praktycznie

Chile praktycznie

Chile praktycznie

Przekraczanie granicy

Chile rządzi się swoimi prawami, nie można wwozić praktycznie niczego świeżego, żadnych surowych warzyw i owoców. Na każdym przejściu granicznym uzupełnia się deklarację. Są one rozdawane już podczas lotu, a następnie po przylocie, bagaże są dokładnie skanowane i sprawdzane (przekraczanie granicy - pytania i odpowiedzi; bagaż) Instrukcja uzupełnienia deklaracji jest na jej odwrocie w języku hiszpańskim i angielskim. Na stronie internetowej Ministerstwa Rolnictwa SAG są dokładne informacje na temat tego, co można, a czego nie można wwieźć (produkty pochodzenia roślinnego oraz zwierzęcego). Jeszcze niecały rok temu listy te były oczywiście tylko po hiszpańsku, ale google translate dawało radę. Po przylocie, na lotnisko w Santiago de Chile, trafiliśmy z plecakami na „trzepanie”, z resztą tak jak wszyscy. Jako, że nastawialiśmy się na góry, to wzięliśmy ze sobą trochę jedzenia górskiego (Co jeść w górach i na szlaku?). Jako, że Chile jest dość drogim krajem, to przynajmniej to choć trochę obniżyło nam koszty wyjazdu. Żeby nie robić zamieszania, sprytnie spakowaliśmy jedzenie do jednego plecaka. Mieliśmy ze sobą tylko i wyłącznie rzeczy dozwolone przez SAG. Do tego, przygotowaliśmy listę wwożonych produktów spożywczych w języku hiszpańskim (która nie jest ani obowiązkowa, ani wymagana). Chcieliśmy po prostu uniknąć zbędnego tłumaczenia i marnowania czasu, bo mieliśmy relatywnie krótką przesiadkę na lot wewnętrzny. Panu oficerowi SAG (dodatkowa służba na każdym przejściu granicznym) lista się spodobała. Chciał tylko zobaczyć przyprawy, żeby sprawdzić, czy aby na pewno są suszone). Kontrola poszła bardzo szybko.

Chile praktycznie

Noclegi w Chile

Wszystko rezerwowaliśmy przez internet. Działało to świetnie, jednakże jeśli chcemy mieć jakiś wybór, to w sezonie należy rezerwować noclegi dużo, dużo wcześniej. Na potwierdzeniach rezerwacji widniała informacja, o tym, że jeśli będziemy opłacać nocleg w CLP, to zostanie naliczony dodatkowy  podatek. Płaciliśmy więc na miejscu w dolarach. Za niskiej klasy pokój dwuosobowy bez łazienki w Patagonii płaciliśmy średnio 34 - 40 USD za noc, a w Valparaiso, za super hostel, o połowę mniej. Natomiast kwestia pól namiotowych w Parku Narowym Torres del Paine to już inna bajka. Bez rezerwacji nie wejdziemy nawet do parku, a większość z i tak niewiekiej liczby pól ma tylko po 50 miejsc biwakowych. Szczegóły znajdziecie we wpisie o trekkingu. Natomiast kwestia pól namiotowych w Parku Narodowym Torres del Paine to już inna bajka. Bez rezerwacji nie wejdziemy nawet do parku, a większość z i tak niewielkiej liczby pól ma tylko po 50 miejsc biwakowych. Szczegóły znajdziecie we wpisie o trekkingu w tym miejscu (Trekking w Torres del Paine).

Chile praktycznie

Chile praktycznie

Chile praktycznie

Chile praktycznie

Ubezpieczenie

Jako, że Chile jest „trochę” daleko i jest „trochę” drogie, a i transport z niego jest utrudniony, czy to zwłok, czy chorego, dlatego ubezpieczenie turystyczne obejmujące trekking jest znacznie droższe niż w Eurazji. Nasz znajomy agent ubezpieczeniowy zrobił nam symulację i ubezpieczenie na okres naszego wyjazdu kosztowałoby ponad 200 zł/os. Dlatego zdecydowaliśmy się na coś innego – opłaciliśmy składki członkowskie w Alpenverrein, co dało nam pełne ubezpieczenie za 460zł/2osoby/rok (ogólne warunki ubezpieczenia). Choć również bardzo polecane jest obecnie PZU "Bezpieczny powrót" (warunki ubezpieczenia).

A co do cen w Patagonii, to na stronie internetowej jednej z wypożyczalni samochodów, Justii znalazła informację w stylu „Dziwi Cię, że jest drogo? To jest Patagonia”. Tylko wino było tanie, a i dobre.

Chile praktycznie

Chile praktycznie

Chile praktycznie

 

Chile praktycznie

 
Torres del Paine

Torres del Paine

Mówiąc Chile – myślimy Patagonia! To tu znajduje się Park Narodowy Torres del Paine, którego wizytówką są strzeliste wieże skąpane porannym słońcem, stojące w otoczeniu lazurowych jezior.

Więcej

 
 

Podziel się

Leave Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Cześć! Widzimy, że przebywasz na naszej stronie już od jakiegoś czasu.
Mamy nadzieję, że zawarte na niej treści przypadły Ci do gustu. Polub nasz profil na fb,
aby być na bieżąco z górami i podróżami ;) Zapraszamy!